niedziela, 27 października 2013

Przyzwoita Lista Przebojów Nr 1

Dawno nie zaglądałem na tego nieszczęsnego bloga i dzisiaj uznałem, że z samej tytułowej przyzwoitości powinienem coś napisać. Poza tym nie mogę zasnąć dlatego że powinienem właśnie to robić. Póki co nie chcę jeszcze dzielić się swoimi przemyśleniami na temat zdobycia władzy nad światem; tym właśnie jestem aktualnie pochłonięty. Przyjdzie na to pora. Tymczasem, dla zabicia czasu i uregulowania szumu w mózgownicy prezentują pierwszą i być może ostatnią część Przyzwoitej Listy Przebojów, ponieważ jak się nie ma o czym mówić, to zawsze można porozmawiać o muzyce, a poza tym jak każdy szanujący się meloman uważam, że to mój gust jest najlepszy na świecie i to moje ulubione kawałki zasługują na powszechne podziwianie.

Mam tak, że jak mi coś wpadnie w ucho, to słucham tego w kółko, do osiągnięcia absolutnego obłędu. Czy to kopiąc ogródek mamy przez wiele godzin, czy jadąc MPKiem, czy też ( a i owszem! ) uprawiając jogging. Słucham jeden kawałek godzinami, dniami, tygodniami, miesiącami poznając dogłębnie jego konstrukcję, a jednocześnie napawając się swoim zboczeniem, polegającym na tym, że wyobrażam sobie że to JA jestem wykonawcą .... Być może wynika to z faktu, że pomimo niespotykanego talentu i posiadania gitary nigdy nie nauczyłem się grać, a wyobraźni z zacięciem do mitomanii nigdy mi nie brakowało.

W każdym razie pisanie na temat muzyki jest jak śpiewanie na temat architektury. Proszę jedynie o otwarte serce i ucho!

Uwaga. Proszę podkręcić volume i lecimy z koksem. 

1. Blue Sky, Allman Brothers Band

Znajomy, który błysnął niegdyś tekstem, że pewien grajek nie jest tak dobry, ale równie dobry jak pewien inny, wpadł pewnego razu po zmroku do mojej komnaty i w stanie upojenia niemal mi dorównującego objął rolę DJa. Traktowałem go z życzliwością, ale wynikała ona głównie z politowania dla jego muzycznych gustów. Być może odkrył ten fakt i postanowił się odegrać, niewykluczone jednak że kierował się moim dobrem. W każdym w razie uruchomił poniższy kawałek i zapętlił go tak, że leciał raz po raz, a ja leżąc w łóżku z przyklejonym do policzka kawałkiem pizzy, słuchałem go do brzasku kilkadziesiąt razy. I mnie zahipnotyzowało.

 Early morning sunshine tell me all I need to know.


piątek, 6 września 2013

Prosta historia

- Zróbmy coś Sylwek, zróbmy coś bo zwariuje. Wakacje są, a my siedzimy na dupie. Ja wstaje, patrze przez okno na osiedle i nie mogę. Chodzę kanałami, bo siły nie mam gadać. Rusz głową Sylwuś, zadziałajmy.
- A czy ja jestem Twoja mama, żeby myśleć za Ciebie?
- Sylwuniu, ja to w sumie pomysł mam, ale wymaga on Twojej, tej…no, akceptacji.
- No, zaskocz mnie. Co tym razem, łazimy po budówkach i zrywamy instalacje, czy kradniemy wapno z pól?
- Lepiej Sylwuniu, lepiej. Duże pieniążki. Słuchaj. Ciężarówkę masz.
- Mam.
- Ukraińców znasz.
- Znam.
- Tego facia z Katowic pamiętasz, co mówił, że każdą ilość o każdej porze.
- Do rzeczy Wacławie.
- Zrobimy tak….

środa, 4 września 2013

Kliukva Street 6

Dzień był słoneczny, ale ulica u początku której stałem w lekkim zakłopotaniu, trwała w mroku. Masywne wille wiktoriańskie z brązowego kamienia okalały nitkę asfaltu jak wronie szpony. W powietrzu dało się odczuć niemal elektryczne napięcie. Gazety i kolorowe liście tańczyły na wietrze. Ze stojącego na poboczu czarnego mercedesa, zeskoczył na chodnik kot wielki jak dzik, zostawiając w miejscu w którym leżał, głęboko wgniecioną maskę. Stanął przede mną i spojrzał władczo.
- Gdzie?
- Szukam domu numer 6.
- W jakim celu?
- Będę tam mieszkał.
Lustrował mnie od dołu do góry.
- Co masz w torbie?
- Cztery puszki piwa, książkę, zeszyt, drobne...
- Dobra, postaw piwo pod murem. Zaprowadzę Cię.
Ruszyliśmy w górę ulicy. Kot majestatycznie przodem i ja bez przekonania za nim.

wtorek, 3 września 2013

Juraja Hip

Jabłonka skrycie zakorzeniona za opuszczonym budynkiem rozlewni oranżady była naszą sezonową bazą przygody. Tajemniczym ogrodem pączkującej przyjaźni i szczeniackich fantazji. Kiedy pokryła się gęstymi liśćmi i narodziła małych, kwaśnych jabłuszek przenosiliśmy się całą gromadą w gałęzie, gdzie siedzieliśmy, jak szpaki, aż do jesieni, kiedy chłód nas zrzucał do piwnic lub garaży naszych jeszcze młodych, zdrowych i rumianych rodziców. Na drzewie każdy zajmował swój "domek" i wciągał nosem lato spod zielonego parasola. Drzewo pulsowało i my pulsowaliśmy ocierając przyjemnie ciała o korę gorącą jak skóra słonia poprzecinana kindżałem. Opychaliśmy się owocami, aż do porzygania. Mieliliśmy zdrowymi zębami miąższ, wypełniając usta kipiącym sokiem i pluliśmy sobie na głowy, co było tylko jednym z objawów naszej beztroski. Co najwyżej się jakiś rozbeczał i poszedł do domu obrażony jednorazowo na podstawie zdrowej złości i goryczy, a nie bezsilności której poznać jeszcze nie zdążyliśmy. Planowaliśmy okrutne morderstwa nauczycielek, przemilczaliśmy istnienie dziewczyn, pokazywaliśmy sobie siusiaki i planowaliśmy przyszłość z naiwnością i bezkarnością do pozazdroszczenia. Chcieliśmy mieć wąsy. "Ogryzek - zgryzek kto mnie lubi?", taki był nagły i głośny komunikat tuż przed rzutem ogryzkiem w twarz przyjaciela, bo wtedy jeszcze wszyscy byliśmy sobie szczerymi przyjaciółmi. Bezwarunkowo. Wtedy jeszcze żaden z nas nie palił papierosów, a nasi ojcowie którzy lubili upadlać się alkoholem byli dla nas albo śmieszni i obrzydliwi jednocześnie. Matki były pospolite jak podstawowe zasady arytmetyki. Zrób kanapkę i kup coś słodkiego. No dobra, czasami tez przytulić i wycisnąć smuteczek. W zasadzie to każdy z nas liczył że jest adoptowany, a rodzina to jedynie chwilowe brzemię. Byliśmy wolni tak jak wolni być mogli tylko ludzie bez nałogów i miłości.  Nawet się nie onanizowaliśmy. Ktoś powiedział, że sperma jest zielona. Byliśmy na etapie stawiania nieprzemyślanych kroków.  Zachłannie popełnialiśmy błędy.

poniedziałek, 2 września 2013

Częstochowskie wiersze, Norwid Cyprian Kamil


Za siwymi wołami,
Za rogatymi,
Po mokrym lesie, z psami,
Z psami chadzam żółtymi.
Jeden zowie się Brysio,
A drugi, bury, Mysio,
A jest i suka w łaty,
Co po rżysku, po złotem
Szuka myszy kosmatej,
Kretów szuka pod płotem.
*

środa, 28 sierpnia 2013

W mroku

Mrok gęstnieje i się skupia wokół Antoniusza,
chłopca jeszcze, choć ze wzrokiem,
jak u ateusza pewnym i stanowczym,
władczym niemal licem
odpornym na ustępstwa i hardym jak
podniecony swą potęgą Bóg-pijak
Pędzi gościńcem na grzbiecie wierzchowca
rozbijając ciężką ciszę jak młotem podkowy,
gwiżdżąc na ciemności, z butą, nocy znawca
zmierza do Eudoksji, przyjaznej alkowy
Gościniec odludny i posępny
kręty i długi, otoczony gęstwiną
podróżnym niemiły, obarczony
zdobytą przez lata opinią
sceny wydarzeń szatańskich,
wzbudzających w sercach,
czy to chłopskich czy pańskich
przestrach wielki i uzasadniony,
obcy Antoniuszowi, chłopcu
pędzącemu bez strachu,
żądzą pochłoniony
wtem, co to? koń gwałtownie dęba stanął
i jak nie koń, a diabeł ryknął w gwiazd oblicza
chłopca z pleców zrzucił, powietrze ciężko chwyta
prycha, szarpie, skacze, niemal jak prosięcie kwiczy
pokryte ciało pianą, oczy we krwi, mięśnie w skurczu grają
wiatr się w listowiu szaleńczo kłębi, huczy, krzyczy,
iskry w powietrzu wokół skrzą się jak pioruny
chłopiec, patrzy na wierzchowca w trwodze,
szaleństwa szukając przyczyny
nagle,
coś wychyla się powoli z mroków nocy dziczy
koń drgający w strachu obnażył penisa
długiego jak kłoda, postrach, urwisa
ni to zwierz ni człowiek dopada do chuja
i gwałtownie, zajadle tarmosi narząd
zwierzęcy, z siła i mocą dostępną tylko diabłom
aż koń pada, w agonii, mieląc jękiem ciszę
postać tajemnicza na dwie nogi wstaje
i w kierunku młodzieńca z wolna się kieruje
obleśnie przy tym grube, podłe wargi liże,
bo postać to szkaradna, oblicze wampirze
brzydota przestraszna i odrażająca
wzmaga w chłopcu trwogę
wampiria się śmieje i dotyka nogę
młodzieńca po czym wyżej sięga
za kutasa chwyta
pomimo strachu sztywnego, posągowa pyta
podoba się szkaradzie, już się oblizuje
przesuwając łapą po świecącym, jak latarnia chujem
oszczędź mnie potworze – szepcze przerażony
Antoniusz, wszak pozbawion złudzeń
poczwara krew mu wyssie, nie dla niego dzień
jutrzejszy, świtu nie doczeka
- piekny chłopcze śmierć cię czeka
za krwią nie przepadam, pożywienie mizerne
wampiria ze mnie inna
uwielbiam pić spermę

Podróż będziesz mógł odbyć, jak się już dorobisz

Daleko szukać nie trzeba. Tuż za dworcem kolejowym, estakadą  i kilkunastometrowym pasem gęstej zieleni, pozostawionej samej sobie i rozrosłej do nieprzyzwoitych w miejskim standardzie rozmiarów. Ulica biegnąca wzdłuż bujnie rozwiązłej natury pozbawiona była zatoczek i miejsc parkingowych, toteż każdy użytkujący ją kierowca leciał przed siebie nie mając sposobności do dłuższej refleksji nad tajemnicą przycupniętą tuż u ich rozpędzonego boku. Jest też, o ironio, autobusowy przystanek na życzenie, element zbędny, jak niekiedy cielesne uniesienie, z  którego korzystają, jak to w przypadku tego typu elementów, głównie postacie upojone lub obłąkane, nieświadome położenia i przyczyny swojej w tej przestrzeni niespodziewanej obecności. To miejsce, z jednej strony ograniczone wspomnianą ulicą i krzakami, z trzech pozostałych, tak że obszar przybierał kształt niemal idealnie prostokątny, zastawione było wysokim na dwa chłopy murem z czerwonej cegłówki, murem starego jak to miasto cmentarza. Cmentarz pod każdym względem był pokaźnych rozmiarów. Odwiedzano go w typowych okresach, ale nikogo z poruszonych w różnym stopniu gości nie interesowało, co się znajduje za murem południowej części nekropolii. A tam był Punkt.